trzy lata temu, w marcu, kończyłam zrywać kontakt z “nieodpowiednim towarzystwem”.
dwa lata temu, w marcu,bywałam na wyspie i w szufladzie, pijąc niekoniecznie legalne piwo.
rok temu zaczynałam się powoli stresować maturą, zastanawiałam się co ja właściwie chcę robić w życiu.
dzisiaj… sama nie wiem, co właściwie robię. miotam się, prowadząc dwa życia w dwóch miastach.
jedno pozostaje niezmienne. jedna sfera mojego dziwacznego życia, w której absolutnie nie mam szczęścia i która dalej sprawia, że zachowuję się czasem jak obłąkana trzynastolatka. problem polega na tym, że istotniejsze dystraktory pojawiły się do tej pory dwa. ale nie potrafię odnaleźć tu żadnych prawidłowości, punktów wspólnych. dystraktor numer dwa rozpieprzył mnie totalnie i sprawił, że zgubiłam kilka naprawdę istotnych elementów mojej osobowości, kilka zasad, które zawsze dzwoniły mi w głowie. i na dobrą sprawę, to wszystko moja wina, bo to przecież moja głowa, z której nie potrafię tego wyrzucić próbuję znaleźć jakieś logiczne wytłumaczenie tego jak się czuję, ale takowe nie istnieje. nie potrafie uracjonalnić własnych emocji. wiem, że emocje nie muszą być racjonalne, ale powód zawsze zmniejsza poczucie winy, poczucie winy nie za coś, co zrobiłam, ale raczej za coś, co pomyślałam.